Arrerial pasąc owce pomyślał że nie może tego robić w nieskończoność. Zastanawiał się jak się wydostać z tej dziwnej wioski. Nie mógł przecież użyć magii. Przypominał sobie znak przed kanionem z napisem "zakaz używania magii". Pewnie by spróbował użyć swych magicznych run, jednak postać która kazała mu pasać owce ostrzegła go przed używaniem magii grożąc śmiercią. Arrerial postawił oswoić gołębia który miał się skontaktować z jego braćmi. Udał się do pobliskiego budynku po papier i coś do pisania. Napisał krótka informacje o przebiegu zdarzeń i wysłał ją z gołębiem w świat. Zastanawiając się czy ktoś go uratuje...
Wysłany przez Arrariela gołąb najwidoczniej trafił w odpowiednie ręce. Pomoc została zorganizowana bardzo szybko. Od miejscowego Arrariel dostał magiczny klucz otwierający wszystkie drzwi.
Zaraz po ucieczce spotkał tajemniczego woja który oświadczył że przybył mu na ratunek.
Arrerial zmartwiony iż tylko jemu udało mu się uciec *wspominał rzemieślnika którego spotkał w niewoli* oznajmił że nie może zostawić poznanego kilka tygodni wcześniej rzemieślnika z ludzi dolin. Otrzymał obietnice od woja że ten wróci mu na ratunek jak tylko Arrerial odda mu magiczny klucz. Elf ani chwili się nie wahał.
Droga przez podmrok była długa i niebezpieczna. Czego przykładem może być strata konia bojowego który należał do dzielnego woja. Chwile później zaatakowała ich horda wrogów. Woj, którego imienia Arrerial nie zdążył poznać odciągnął wrogów pozwalając Arrerialowi uciec.
Wyszedłem z karczmy zmierzając wolnym krokiem do banku. W około mnie było bardzo spokojnie, cisza przesłaniała niebezpieczeństwo , które się zbliża. Gdy odłożyłem wygrany łup, usiadłem na ławce przy fontanie. W oddali było słychać wiatr strzeżacy swe „kły” tak mocno Az drzwi stukały niezmiernie szybko. Z głównej bramy Tasandory przybiegł zmęczony jak i wystraszony człowiek. Jego twarz wyglądała bardzo niespokojnie Az wydusił z siebie –JDĄ TU! I od razu odbiegł nie zważając na pytania. Ciemność ogarnęła miasto niczym czarna perła wysysająca z wszystkiego owe Zycie. Dokoła fontanny zgromadziły się chmary czarnego dymu które przybrały postać Loethe z swoimi podwładnymi. Odskoczyłem stróżki potu skapywały niezmiernie. Bogini śmierci wymówiła słowa których nie dosłyszałem po czym dym związał mnie na tyle mocno abym nie mógł się wyrwać. Otępiony ciosem w głowę ciało odmówiło posłuszeństwa i oddałem się w błogi sen. Chłód dotykający me ciało przypomniał mi ze żyje. Pewnie chwyciłem siekierę, która leżała obok i szybko podniosłem się z obumarłej ziemi. Dokoła mnie stały mroczne elfy wpatrując się z chęcią zadania mi bólu. Jeden z nich powiedział –zapewnij mu krew a ocalisz swoja rasę przed zgroza, po czym rozpłynęły się niczym wiatr. Odwróciłem się naprzeciw bramy, która stała przede mną i ruszyłem przez gesty las porośnięty umarłymi drzewami. Pokonanie lasu zajęło mi wiele czasu ponieważ mrok przysłaniał drogę. Gdy zatrzymałem się na odpoczynek spojrzałem w głąb lasu który został ł na mojej drodze, w oddali widoczny był mały stróżek światła podążyłem za nim obawiając się ze zniknie. Cos złapało mnie za ramie, zamarłem przez chwile. Osoba ta wypowiedziała- następny niewolnik!?. Odparłem z zmęczenia nie drowy porwały mnie i dały mi rozkaz służenia pająkowi. Światło padające na postać ukazało krasnoluda trzymającego kusze, siedzącego na wielkim dziobaku. –A zatem udasz się pilnować owiec!. Poprowadził mnie jeden z porwanych ludzi nie odpowiadając na pytania. Osada była miejscem ukrytym miedzy górami, ogrodzona wielkim murem który przecinała rzeka. Wszędzie na ziemi leżała krew i kości. Wybudowane budynki rozpromienione zostały pochodniami, których ogień był niezwykle ciemny…
Rozwścieczony krasnolud zakrzyknął:
- Gdzie jest ten elfi więzień? Jak się stąd wydostał? -
Kiedy już wszystkie barwy wystąpiły na jego okrągłej zarośniętej gębie rozejrzał się chytrymi oczkami. Zawezwał wszystkich mieszkańców doliny.
- Który z Was zdradził? - mówił i uważnie przyglądał się - Czy wam życie niemiłe. Źle tu Wam? Nikt nami nie pomiata. Żadne tam reguły. Nikogo nie wypędzilim.
Drapał się po brodzie wyraźnie poirytowany.
- No który to i jak pomógł w ucieczce. Pamiętacie o Pająku? Jak będzie głodny to przyjdzie po nas. Albo nas zje albo będziemy musieli opuścić to miejsce. Drowy nie będą takie miłe wówczas. Teraz nas tolerują, co więcej uważają, że nasz Pająk to jakoweś wcielenie ich Bogini. Ale kiedy pająk wygoni nas stąd i oni wystąpią przeciwko nam. No co? Chcesz jarlingu wracać do mroźnego Garlan? Tam gdzie zaszczuli psami twego ojca, tylko za to, że komuś tam mordę obił? A ty elfie? Że zapragnąłeś wiedzy mrocznej i prawie cie Twoi ziomkowie żywcem zakopali? No a ty tamaelu? Za kradzież jednego buta gwardziście prawie zawisłeś!!! I co teraz zdrada między nami? Dowiem się który i ... oddam pająkowi ot co!!! Wracać do swych zajęć - ja zaś po kolejnych niewolników ruszam. Jeśli i drowy nam kogoś dostarczą, jak to się umówiliśmy - to do pracy go wyślijcie i pilnować dobrze.
To rzekł i odjechał...
Aris rozłożył się pod drzewem by na chwile zdrzemnąć się przed dalszą podróżą.
Martwiło go to co działo się ostatnimi czasy w stolicy.
Rozmyślał o napadach ciemnych elfów podmroku. Jak każdy Człowiek Dolin szczerze nienawidził te istoty.
W Tasandorze czuł się wspaniale i przy każdej wizycie w tym pięknym mieście był szczęśliwy. Już prawie zasną gdy nagle jego odpoczynek przerwał fruwający nad nim gołąb.
Ptak wylądował tuż przed jego oczyma i rzucił coś na ziemie po czym odleciał.
Młodzieniec wstał i podniósł poszarpany skrawek papieru. Był w opłakanym stanie,
ale naszczęscie dało się coś z niego odczytać. Okazało się że było to wołanie o pomoc pewnego elfa który został pojmany w niewole. Tamael nie wahał się ani chwili, postanowił coś z tym zrobić. Ruszył więc czym prędzej do podmroku by odszukać elfa.
Przedzierał się przez ciemne korytarze, wyrzynając kolejnych przeciwników.
Wiele razy bywał w tych miejscach, ale dzisiaj wszystko wydawało mu się jakieś dziwne, ponure. Czuł niepokój lecz za wszelką cenę musiał wykonać zadanie.
Po długich nieowocnych poszukiwaniach w ciemnej otchłani podziemi, Aris nagle usłyszał kroki kogoś w oddali. Postanowił to sprawdzić. Jakież było jego szczęście gdy ujżał całego i zdrowego elfa. Wyjaśnił szybko że udało mu się zbiec z niewoli dzięki pewnemu magicznemu kluczowi który otwiera wszystkie bramy.
Wspomniał również o człeku który razem z nim był więziony, jemu nie udało się uciec.
Aris obiecał wrócić po niego jeśli tylko ten odda mu klucz. Elf zgodził się bez wahania, najwyrazniej bezgranicznie zaufał swemu wybawcy.
Nie było jednak czasu do stracenia, być może porywacze zorientowali się że zbiegł i ruszyli za nim. Droga powrotna jednak nie okazała się tak łatwa. Z każdego zakamarka wychodziły potężne bestie chcąc przeszkodzić im w ucieczce.
Doskonały zmysł orientacji oswajacza kierował ich coraz bliżej celu.
Za wszelką cenę chciał uratować elfa, wiedział że wyjście z Podmroku jest już nie daleko, więc ściągną wszystkich wrogów na siebie i kazał elfowi biec ile sił w nogach by ten mógł się uratować.
Gdy Elf był już bezpieczny, młody Tamael postanowił sam ratować się ucieczką.
Cudem uszedł z życiem, ale na szczęście obaj byli cali i zdrowi.
Trzymał w ręku magiczny klucz. Pamiętał o swej obietnicy, wiedział że za wszelką cenę musi wrócić do Podmroku by uratować kolejnego niewolnika...
Dzień jak codzień - pomyślał Konstant przechadzając się po ulicach Tassandory i szukając zaczepki. Mijał kolejny beztroski dzień, a w żołądku burczało coraz bardziej.
- Znów szczurołapi wyłapali wszystkie szczury na ulicach - konstant przeklinał ich pod nosem ponieważ znów musiał iść do świątyni śmierci upolować swój obiad.
Gdy wszedł i zaczął rozglądać się za swoim obiadem złapał go przerażający skurcz, który od razu powalił go na ziemie. Wił się w bólu, nie rozumiejąc co spowodowało tak nagły paraliż. Nagle jego oczom ukazała się postać. W zasadzie Konstant nie pamięta jej wyglądu gdyż cały czas patrzył na wymierzoną w niego kuszę i oczyma wyobraźni widział bełt, który w każdej chwili mógł go przeszyc na wylot
- Pójdziesz ze mną - postać uśmiechała się złowrogo.
Konstant jak opętany chciał wyrwać się z uścisku paraliżu przez którego nie mógł wziąć nóg za pas jak to zwykł robić w takich sytuacjach. Nagle oślepił go blask słońca, a jego oczom ukazał się mur. Drzwi zostały otwarte, a On niewiedząc jak znalazł się w środku. Niewiele widział, niewiele czuł, prócz paraliżu jeszcze strasznie się bał.
Jego oczom ukazała się osada. Kilka budynków, owce pasące się na pastwisku.
- Od dziś to będziesz mieszkał - oznajmiła postać.
-ale, ale, ale..- Konstant próbował coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić z siebie słowa
- Będziesz tu mieszkał i pasł owce - postać wymierzyła kuszę w jego głowę
Konstant splunął, a postać zniknęła za murami.
- Obiadu ci się zachciało - powtarzał w myślach Bremer.
Rozglądając się po okolicy Konstant stwierdził, że nie ma z tego miejsca ucieczki....
Amberion przechadzał się po ogrodzie. Rozmyślał. Wiele spraw do załatwienia, wiele problemów. Wciąż nie rozwiązany problem berła, odkładane w nieskończoność uroczystości weselne i te drowie bezczelne ataki. Jak nie same drowy, to ich sługusy. Plotki o jakowejś kryjówce, gdzie drowy oddawały część pająkowi i wspierający je przedstawiciele innych ras. Król zmarszczył czoło. Coś z tym trzeba zrobić. Wezwie się rycerzy, poddani też pomogą... może i... Wtem zgiełk okrutny i krzyki: Panie, Panie pająk!!! - Król czym prędzej pognał do straży. Sam nie narażał się, lecz już dawno doradcy zabronili mu takowego ryzyka. Od czego Panie woje? I te nicponie magowie? Ty stój i dowódź. Niechętnie przyznał im rację. Walka z pająkiem trwała bardzo długo i kiedy już zdało się śmiałkom, że zwyciężyli - bo pająk poległ straszny krzyk kolejny: Porwano narzeczoną Króla!!!! Król zasępił się. To podstęp. Czym prędzej wsiadł na swego rumaka i pognał z szaleństwem w oczach szukać Havelii. Teraz nie tylko brakowało berła ale i sam Władca gdzieś się zapodział, nie wspominając o jego lubej, a więc przyszłej Władczyni.
Siedziała na wygodnym królewskim krześle, grzebiąc w szkatułce ze swymi perłami drogocennymi przelewającymi się jej przez palce. Nieopodal drzwi jej komnaty siedział uśmiechnięty i zadumany w swej muzyce grajek, szarpiąc struny harfy której melodia cichutko przechadzała się po pałacu. Nucąc to przebierała w swych biżuteriach czekając na swego ukochanego Amberiona. Wieczór zdawał się zapowiadać przepięknie. Nagle w jednej chwili muzyka ucichła. Havelia zamilkła i spojrzała w stronę drzwi za którymi siedział grajek. Harfa upadła na ziemie wydając fałszywy ton. Wystraszona Havelia upuściła z reki perły które rozsypały się po dywanie. Z niepokojem spoglądała na uchylone drzwi.
- Devilanie? - piskliwym głosem zawołała grajka.
Odpowiedziała jej głucha cisza. Powoli powstała i zbliżyła się do wyjścia na hol lekko wychylając głowę za drzwi. Popatrzyła na ziemię, gdzie dostrzegła leżącego grajka we krwi ze strzałą wbitą prosto w serce. Zanim zdążyła krzyknąć ktoś od tyłu zatkał dłonią jej usta. Poczuła paraliż na całym ciele i obezwładniała. Nakryto ją szatą i wyciągnięto z pałacu.
Obudził ją cios w policzek wymierzony przez kogoś, kogo nawet nie mogła dostrzec przez wszelaką ciemność która ją otaczała.
- Mumbaro!! - krzyknęła istota szarpiąc Havelię. Nie rozumiała tego języka lecz poruszyła się próbując oprzytomnieć. Usłyszała drwiący śmiech kilku osób w pobliżu.
- Gdzie jestem? - zapytała przerażona.
Nie usłyszała odpowiedzi, tylko oddalające się kroki.
Przyodziana została w starą długą szatę spod której kaptura wisiały jej poklejone brudne włosy. Okrutnie traktowana i męczona spędzała dnie i noce w komnacie ciemnej, skulona w kącie ze wzrokiem wlepionym w ciemność która z każdym dniem zdawała się być nieco jaśniejsza. Przez pierwsze dni nie jadła i nie pila nic. Odór drowiego jedzenia przyprawiał ja o wymioty. Wyczerpana z resztek sił, wykorzystywana w zabawach przez okrutne drowy, bezsilna, poddawała się torturom bez protestu. Zmuszana była do jedzenia cuchnących resztek zgniłych mięs i picia brudnej wody. Pająki których zawsze okropnie się bała chodzące po jej ciele nie robiły juz na niej większego wrażenia. Żyjąca w smrodzie szczurzych odchodów, nie traciła nadziei na ratunek. Płacząc i szlochając ani przez chwilę nie przestawała myśleć o swym ukochanym
Amberionie.
- Kiedy po mnie przyjdziesz ukochany…? - szeptała do siebie w głuchej ciszy
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum